
 |
 |

Maciej Zóltowski
NOWA MUZYKA POLSKA
W tej krótkiej prezentacji nowej twórczosci polskich kompozytorów pragne sie skupic na kilku nazwiskach, które nie sa zapewne Panstwu znane, a i w Polsce, choc niezasluzenie, spychane sa na margines tzw. oficjalnego (bo chyba tylko uzurpacja mozna nazwac takie myslenie w naszym srodowisku) zycia muzycznego. Kazdy z Panstwa slyszal zapewne o Pendereckim, Lutoslawskim, czy Góreckim. Lecz przeciez nie sa oni jedynymi polskimi kompozytorami! Lutoslawski nie zyje, Penderecki… no cóz moze pominmy nasuwajace sie tu sformulowanie (nie wiem, czy znaja Panstwo jego ostatnie propozycje, w kazdym razie to juz nie ten sam, „gniewny” Penderecki), Górecki jakos ostatnio przycichl, choc to w mojej prywatnej opinii najbardziej interesujaca postac z wymienionej trójki. Przez lata stawialismy kilka osób na piedestale wielkosci i autorytetu. Do dzisiaj mentalnosc muzykologów polskich, wielu wykonawców, a takze wiekszosci kompozytorów spaczona jest fatalna wiara w autorytety w sztuce. Fatalna, bo w naiwnosci swojej podsyconej ignorancja deprecjonujaca wszystko co odmienne od ustanowionego wzorca wartosci. Co gorsza, ta wiara sankcjonuje skrajnie konserwatywna i nierozwojowa niechec do wszystkiego co nowe, np. do mlodych kompozytorów, chyba ze namaszczonych i poblogoslawionych przez któregos z „gigantów”. Naiwnosc takiej postawy bierze sie z kolejnego mitu, jakoby owi „mistrzowie” przekazywali swoja wiedze i znamie wielkosci owym „pomazancom”. Tak moze i bylo, owszem, 300 lat temu, ale dzis w dobie wszechwladnego rynku i bezpardonowej konkurencji wzmocnionej nieporównanie lepszym i powszechniejszym dostepem do informacji, jest jedynie mitem. Wielcy zazdrosnie strzega swych tajemnic w obawie by uczen nie przerósl mistrza (przede wszystkim w aspekcie finansowym, bo to sie dla owych pseudoautorytetów glównie liczy). Paleczka przekazywana jest czesto osobnikowi najmniej utalentowanemu, by ten, w zalozeniu nie stanowiacy sam konkurencji dla mistrza, tepil innych, czesto groznych konkurentów. Ci zreszta, nieswiadomi mechanizmów wladzy, moga najwyzej zgrzytac zebami w niemej wscieklosci, bo monopolu festiwalowo-koncertowo-radiowego przebic tak latwo sie nie da.
Niestety poprzednia epoka ugruntowala tylko potezne zwiazki wladzy politycznej i sztuki (w naszym przypadku muzycznej). Jak wiemy, juz Platon twierdzil, ze muzyka ma tak wielki wplyw na spoleczenstwo, iz wladza nie moze sobie pozwolic na jej ignorowanie i wrecz normy muzyczne musza pochodzic od wladzy. Antyczne? Nasza historia dowiodla, ze wciaz aktualne. Przyklad? Slynna Warszawska Jesien, która pojawiajac sie znienacka w 1956 roku szybko stala sie muzyczna mekka dla milosników awangardy ze wschodu i zachodu. Muzyka na tym festiwalu prezentowana daleko odbiegala od socrealistycznego modelu. Wykonywanie takiej muzyki we wszystkich innych krajach socjalistycznego bloku byloby zakazane politycznym dekretem. Co sie zatem w owym 1956 stalo? Czyzby wladza przejzala na oczy? Owszem przejzala, ale w dosc przewrotny sposób. Otóz, jak wiemy, trwala zimna wojna. Walka toczyla sie przede wszystkim na polu propagandy. Trzeba bylo Zachodowi pokazac na co stac socjalistyczne spoleczenstwo. A poniewaz nie za bardzo bylo sie czym pochwalic w gospodarce i ekonomii, ktos kto byl blisko wladzy i jednoczesnie byl szara eminencja w ZKP podsunal mysl – a moze by tak zaszokowac swiat otwartoscia i nowoczesnoscia na polu kultury! To nikomu nie zaszkodzi, robotnicy i tak na festiwalowe koncerty nie pójda, a zamawiane piesni masowe i kantaty ku czci beda dalej powstawac na biurkach nawet najbardziej awangardowych kompozytorów. I tak wladza tolerowala „jesienie”, dostajac w zamian znakomity towar eksportowy. Zeby jednak sytuacja nie wymknela sie spod kontroli, bo kontrolowane musialo byc jak wiadomo wszystko, stworzono scisle, choc szemrane zasady wyboru wladz zwiazku, który sprawowal piecze nad jedynym w kraju festiwalem „niebezpiecznej” muzyki. Powstawal warszawsko jesienny establishment. Warszawski festiwal obrósl w legende, pokazanie sie na nim nobilitowalo twórce, przynajmniej w jego mniemaniu. Coraz czesciej jednak decyzje Komisji Repertuarowej dyktowane byly i sa do dzisiaj prywatnymi interesami jej czlonków, kryjacych sie anonimowoscia decyzji „kolektywnej”. Taka konstrukcja festiwalu moze i byla wymuszona sytuacja polityczna ale dzis w dobie demokracji jest przezytkiem. Cóz, kolejne edycje „Warszawskiej Jesieni” dowodza tego smutnego faktu. Zamiast ogladac sie wiec na ów „jedyny” jakoby polski festiwal i „jedynie sluszne” decyzje jego szefów i kreowane przez nich wielkosci, przyjrzyjmy sie rzeczywistemu swiatu muzyki polskiej.
Wspomniane przeze mnie na wstepie nazwiska to postacie pieciu twórców: Mariana Borkowskiego, Macieja Zielinskiego, Pawla Lukaszewskiego, Marcina Blazewicza i Stanislawa Moryto. W swietle przytoczonych wczesniej faktów oczywiste jest, ze nie sa to jedyni polscy kompozytorzy. Przedstawiam jedynie niewielki wycinek polskiej sceny muzycznej, interesujacy, bo poparty talentem tych kompozytorów i faktem skromnej ich promocji w kraju i za granica. Tak sie sklada, ze wszyscy z wyjatkiem Stanislawa Moryto, sa uczniami pierwszego z wymienionych – Mariana Borkowskiego. Ów zas jest profesorem warszawskiej Akademii Muzycznej. Marian Borkowski – kompozytor, muzykolog, pianista i pedagog – taka definicje specjalnosci Profesora podaje jego nota biograficzna. Chcac zobrazowac pelniej postac Mariana Borkowskiego, wymienione specjalnosci nalezaloby jeszcze uzupelnic o znacznie wiecej dziedzin: historie, filozofie, estetyke, psychologie i inne, lezace w sferze Jego wszechstronnych zainteresowan. To czlowiek o wysokiej kulturze, olbrzymiej wiedzy, wreszcie czlowiek o wielkiej dobroci, poswiecajacy swój czas kazdemu, nie odmawiajacy pomocy, rady i troskliwej opieki nikomu. Zaswiadczyc o tym moze szerokie grono Jego uczniów, wspólpracowników i przyjaciól.
[…] cytat z ksiazki programowej koncertu autorskiego, str. 9
[…] cytat z ksiazki programowej koncertu autorskiego, str. 11
Kompozytor tak charakteryzuje swoja muzyke: „Jest to przede wszystkim muzyka dynamiczna o ogromnym ladunku emocji, dramatycznej i intensywnej ekspresji, w której wszystkie elementy muzyczne, srodki techniki kompozytorskiej, dyscyplina konstrukcyjna, dobór tekstów i obsady wykonawczej sluza idei artystycznej i ogólnej koncepcji dziela w jego uniwersalnym, symbolicznym i humanistycznym wymiarze.”
Posluchajmy zatem. {przyklad dzwiekowy – Pax in terra II}
Nastepny z kompozytorów, których sylwetki chce Panstwu przyblizyc to Maciej Zielinski. Jest on twórca mlodego pokolenia, moim rówiesnikiem, wychowankiem klasy kompozycji Mariana Borkowskiego. Po ukonczeniu warszawskiej Akademii odbyl niedawno studia podyplomowe w Royal Academy of Music w Londynie w klasie Paula Pattersona. Maciej Zielinski odnosi sukcesy nie tylko, jako twórca dziel muzyki powaznej, ale tez na polu muzyki filmowej i teatralnej. Jest to cecha typowa dla srodowiska mlodych polskich kompozytorów. Chcac zarabiac na swoje utrzymanie musza pracowac wielotorowo. Dobrze, gdy dzialalnosc zarobkowa przejawia sie w sposób artystycznie wartosciowy, jak jest wlasnie w przypadku tego twórcy. Zielinski potrafi dostosowujac sie do bezwzglednych wymagan rezyserów teatralnych czy filmowych zachowac wlasciwy dla siebie idiom artystyczny. Wypracowal on specyficzny dla niego jezyk dzwiekowy, którego cecha nadrzedna jest charakterystyczne dla okresu postmodernizmu odwolywanie sie do uniwersalnych humanistycznych wartosci.
Utwór, którego wysluchamy, „Lutoslawski in Memoriam” to doskonale zrównowazone dzielo zarówno pod wzgledem emocjonalnym, jak i intelektualnym. Jezyk harmoniczny jest integralnie zwiazany z subtelna linia melodyczna, co w efekcie daje dynamiczna, zróznicowana i przekonujaca forme. Narzuca sie okreslenie „symfoniczny”, bo tez muzyczny ciezar gatunkowy tego utworu jest duzo wiekszy niz ten, którego moglibysmy sie spodziewac po zazwyczaj lekkim repertuarze na obój i fortepian. {przyklad – Lutoslawski in Memoriam}
Pawel Lukaszewski, równiez absolwent klasy kompozycji prof. Mariana Borkowskiego, a obecnie jeden z jego asystentów w warszawskiej uczelni, dziala szczególnie aktywnie na polu muzyki religijnej. Wspólpracuje scisle z chórem Akademii Teologii Katolickiej z Warszawy co owocuje ogromna liczba kompozycji napisanych specjalnie dla tego zespolu. Jego twórczosc charakteryzuje sie doskonalym wyczuciem chóralnej materii, doskonalym opanowaniem faktury i – co warto dodac – szacunkiem do tekstu. Pawel Lukaszewski pod koniec XX stulecia pisze muzyke neotonalna, znajdujaca szeroki rezonans u publicznosci, a zarazem indywidualna i szczera, nie obliczona tylko na tani efekt. Kompozytor o sobie: „Mysle, ze zwlaszcza w muzyce sakralnej trzeba pisac prawde. Prawie kazdy kompozytor ma swój warsztat i nie stanowi dla niego problemu napisanie wielu efektownie brzmiacych nut, a nawet wytworzenie nastroju. Ale jezeli ktos pisze dla efektu, dla wrazenia, to mija sie z prawda, nie dotyka glebi. Taki kompozytor jest twórca muzyki religijnej, ale nie muzyki sakralnej (…). Dla mnie muzyka sakralna powinna byc zwiazana ze slowem i ono powinno wyznaczac jej granice. Sakralnosc zalezy od tego czy kompozytor napisal prawde, czy jest gleboki (…). Tak naprawde, to intencje twórcy zna tylko Bóg, my mozemy oceniac jedynie warsztat.”
Pawel Lukaszewski – pierwszy z „Dwóch motetów wielkopostnych” na chór mieszany a’cappella {przyklad}
Kolejny utwór to „Dominum benedicite in aeternum” na ork. instr. detych blaszanych, perkusje i chór mieszany. {przyklad}
Marcin Blazewicz to jeden z najciekawszych kompozytorów polskich debiutujacych w latach osiemdziesiatych. Ksztalt kompozycji Marcina Blazewicza wynika zarówno z jego muzycznych, jak i pozamuzycznych poszukiwan. Dysponujac niezwykle sprawnym warsztatem kompozytorskim pozwalajacym mu na swobodne poruszanie sie w niemal kazdej formie i obsadzie instrumentalnej, kompozytor siega przede wszystkim po tematy zwiazane z sensem ludzkiego istnienia.
Cytujac kompozytora: „Wlasciwoscia naszego ludzkiego sposobu zycia jest bycie w czasie. Muzyka to zapelnienie przedmiotami dzwiekowymi czasu. Komponujac wlaczam sie zatem w sposób istnienia swiata. […] Szukanie odpowiedzi na pytanie ‘Czym jest komponowanie?’ nieuchronnie prowadzi mnie zatem do problematyki twórczej aktywnosci czlowieka i sposobu bycia…”
Te slowa kompozytora tlumacza powracajace w jego twórczosci tematy. Raz jest to penetracja doznan zmyslowych („Sinnenwelt” – „Swiat zmyslów”), kiedy indziej zas najbardziej nawet intymne pytania dotyczace smierci („Arista – omen smierci”, „Thanatos”) czy tezsensu zycia („Et tua res agitur”).
Kompozytor: „Kazda decyzja zapadajaca w trakcie komponowania jest wyrazem mojego zaangazowania w BYCIE. Komponujac tworze, wspóluczestnicze, komentuje SWIAT.”
„Et tua res agitur” (I ciebie rzecz dotyczy) to kompozycja napisana z mysla o koncercie muzyki zalobnej, który odbyl sie w Kosciele im. sw. Stanislawa Kostki w Warszawie 31.10.1987 – w trzecia rocznice tragicznej smierci Ks. Jerzego Popieluszki zamordowanego przez polska bezpieke. Atmosfere towarzyszaca jej powstaniu najlepiej oddaja slowa samego kompozytora: „Utwór powstal z namyslu nad miejscem czlowieka we wspólczesnym swiecie, nad smiercia, nad problemem wolnej woli i odpowiedzialnosci, nad ostatecznym argumentem, którym moze stac sie smierc. […] dla kazdego z nas jest ona czyms innym w zaleznosci od tego, czy jest w nas Wiara, Nadzieja, Zwatpienie czy Nicosc.” Przesycona bolesnym smutkiem, gleboko przezyta kompozycja. Ciekawym elementem technicznym jest wprowadzenie perkusji w roli solistycznej. Obok typowych dla kultury europejskiej instrumentów kompozytor wykorzystuje takze gongi tajlandzkie oraz gongi uzywane w swiatyniach chinskich, co nadaje orkiestrze specyficzne brzmienie. Partia trabek w koncowych fragmentach utworu grajacych na zmiane dlugie, przenikliwe dzwieki jak gdyby „bez oddechu” wywoluje niezwykle wstrzasajace wrazenie, przywolujac na mysl tragiczne wydarzenia, dla upamietnienia których kompozycja powstala. Muzyka – najbardziej przeciez emocjonalna ze sztuk – wyraza Blazewicz niepokoje ludzi naszej epoki, za jej pomoca wlacza sie do dyskusji o miejsce czlowieka w swiecie. {przyklad}
Na zakonczenie postac jednego jeszcze kompozytora, takze zwiazanego z warszawska Akademia Muzyczna. Stanislaw Moryto jest twórca jednego z najlepszych polskich koncertów wiolonczelowych. Wielu krytyków stawia ten utwór na równi z koncertem Lutoslawskiego, co jest poziomem – przyznacie Panstwo – wysokim. Wirtuozowsko potraktowana partia solowa, wyzyskana do kranca mozliwosci ekspresyjnych orkiestra smyczkowa, monumentalna forma, przejmujace piekno tej, jakze wspólczesnej, kompozycji, kaza mówic o Dziele Sztuki, kategorii która nie tak latwo przyporzadkowac masowo powstajacym tworom braci kompozytorskiej. Bo nie kazdy utwór jest DZIELEM, a tym bardziej DZIELEM Sztuki. Tam gdzie spotykaja sie Dobro, Piekno i Prawda jest Madrosc, starogrecka cnota – areth. Ta Madrosc cechuje wlasnie w moim mniemaniu Dzielo Sztuki. Dzielo to musi byc po pierwsze dobrze zrobione, po drugie musi byc w sposób zdecydowany nacechowane estetycznie, po trzecie musi byc prawdziwe, jakkolwiek bysmy to slowo rozumieli. Pierwiastek etyczny – Dobro – nalezy pojmowac jako immanentna czesc dziela sztuki, jego ceche wewnetrzna, a nie narzucona ideologia, czy postepowaniem twórcy.
Posluchajmy zatem II czesci koncertu wiolonczelowego Stanislawa Moryto. Uslysza Panstwo znany zarówno narodowi polskiemu jak i rosyjskiemu motyw starej piesni religijnej „Swiety Boze”. {przyklad}
Przedstawiony obraz jest oczywiscie czescia wiekszej calosci. Wybralem utwory, które w sposób róznorodny pokazuja kierunki, trendy i drogi którymi podazaja dzis polscy kompozytorzy. Jest to obraz niepelny. Ale tym bardziej nie daje pelnego obrazu jeden jesienny festiwal. Jest ich we wspólczesnej Polsce o wiele wiecej i dobrze. Dobrze, bo kazdy ma innego szefa, badz szefów, o róznych gustach i nie ukrywajmy interesach. Byle tylko nie dzialo sie tak, jak w polskich filharmoniach, gdzie kolejne programy dyrygowane sa przez te same, wymieniajace sie jedynie w czasie i miejscu osoby dyrektorów – reka reke… ty mnie, ja tobie… Muzyka ma rózne oblicza, obysmy nie dali sie zwiesc jej powierzchownosci – gdzies jest glebia…

|